Zawsze gotowi by pomóc, z pasją i poświęceniem,  w stałej gotowości,  dzielni i zdeterminowani
przejdź do sklepu
facebook google plus instagram sklep

Pożar w czechowickiej rafinerii

Blog IgnisVestimenta.pl

Jesteśmy zawsze gotowi, by pomóc, a naszej determinacji w skali od 1 do 10 śmiało można przyznać 15 punktów. Mimo to od czasu do czasu stajemy w obliczu wydarzeń, które wystawiają nas na ciężką próbę. I nie chodzi tu o czysto ludzki strach przed wejściem do płonącego budynku, nad którym umiemy przecież zapanować. Prawdziwy test to wielodniowa, cholernie nierówna walka z żywiołem wykraczającym poza znane skale. Taki, jak pożar w Rafinerii Czechowice, który wybuch w sobotę 26 czerwca 1971 roku. Bestia dała się ugasić dopiero po wielu dniach działań. Niestety, nie wszyscy druhowie, którzy wyjechali wtedy na akcję, wrócili do remiz.

Wszystko zaczęło się przed 20:00 od małego pioruna. Niby nic, zygzak jakich wiele. Trafił on jednak w kominek oddechowy zbiornika, w którym znajdowało się… niemal 10 tys. m³ ropy naftowej. Ta zapaliła się, doprowadzając do rozerwania blachy. W kilka chwil było już jasne, że to nie będzie łatwa akcja. W najbliższej okolicy pożaru znajdowało się jeszcze wiele zbiorników, zawierających dziesiątki tysięcy m³ samych „przyjemności” – ropy, olejów, acetonu, benzenu czy etyliny. Tuż obok stały bloki i domy.


- To był przerażający widok. Jeden zbiornik płonął w kłębach dymu i ognia. Trzy pozostałe zbiorniki były schładzane wodą. Paliła się także ropa wokół zbiornika nr 4 usytuowanego najbliżej mnie. Zaś wszystko otaczały mniejsze zbiorniki z produktami rafinerii – pisze w swoich wspomnieniach Wojciech Gorgolewski z Bielska-Białej, który tego dnia był pierwszym fotoreporterem na miejscu katastrofy.

Do godz. 1:00 w nocy w niedzielę (27 czerwca) w akcję włączono 18 sekcji zawodowych i 24 sekcje OSP, Obronę Cywilną i żołnierzy. Zaplanowano natarcie na źródło ognia. Niestety, działania zawiodły. W czasie gaszenia do feralnego zbiornika dostała się masa wody, którą podgrzewała palącą się na jego tacy ropa. Po kilkudziesięciu minutach woda zawrzała i podniosła się, doprowadzając do wyrzutu znacznie lżejszej od niej ropy. Erupcja była ogromna. Ropa trysnęła w górę, miejscami nawet na 200 metrów. Potem przyszło najgorsze – eksplozja drugiego zbiornika, która zabiła 33 osoby, a dziesiątki ciężko zraniła i okaleczyła. 4 ratowników w wyniku odniesionych ran zmarło później w szpitalach.

- Zrobiło się widno prawie jak w dzień. Odwróciłem się w stronę Czechowic i zobaczyłem słup ognia sięgający może tysiąca metrów wysokości. To było coś przerażającego. Pomyślałem – rafineria przestała istnieć, co się stało z ludźmi, strażakami... - wspomina dalej Gorgolewski.

Jedną z ofiar tamtej nocy była 20-letnia Halina Dzida, która przybyła z żeńską drużyną OSP Mazańcowice. Strażą dowodził Józef Dzida, jej ojciec. Ostatni raz widział swoje dziecko na chwilę przed wybuchem… Łącznie do działań ratunkowo-gaśniczych, które zakończono dopiero w czwartek 1 lipca (teren tlił się do następnego dnia) przystąpiło 2610 strażaków z 371 sekcji, w tym 58 strażaków z 13 sekcji z Czechosłowacji. Wszyscy na długie lata zapamiętali to miejsce, a pożar rafinerii do dziś uznaje się za jedną z najtragiczniejszych katastrof w historii polskiego pożarnictwa po II wojnie światowej.


foto. źródła:
Archiwum TVP
Ewa Ulikowska-Janecka
Płk. poz w st. spoczynku Henryk Kaliciecki
Archiwum "Kroniki Beskidzkiej" / Tadeusz Patan
Zbiory Centralnego Muzuem Pożarnictwa w Mysłowicach

Komentarze


Zobacz również